Ederlezi nad Popradem

Mijają trzy tygodnie. Otwieram szafę, znajduję w niej materiałową serbską flagę złożoną równiutko w kosteczkę. Jeszcze nie dawno falowała ponad głowami tańczących. Otwieram portfel, wysypują się „truby”.

Zaczynam rozumieć starożytnych władców, i wszystkich dumnie podpisanych na banknotach Prezesów Narodowych Banków. Własna waluta cieszy szczególnie. Otwieram barek. Jest! Czeka na swój moment. Rakija. Otwieram laptopa, setki zdjęć rejestruje piękne wspomnienia. Szalona, gorąca, prowokująca – odważna jak na trzylatkę. Taka jest – nasza Pannonica.

Nic nie muszę!

Tymi słowami podsumowują klimat panujący na festiwalu bohaterowie naszego aftermovie. Zielone łagodne wzgórza okalające wioskę festiwalową oraz szumiący Poprad rozkładają na łopatki najbardziej zatwardziałych mieszczuchów. Poczucie urokliwego, tym przyjemniejszego, że zamierzonego i usprawiedliwionego lenistwa dotyczy każdego, kto przekroczy bramę z napisem „Pannonica! Ogień, nie muzyka!”.
ula4
Przyjemnie jest patrzeć, jak zapełnia się pole namiotowe. Wielobarwna, pełna szalonych indywidualistów społeczność rozrasta się z minuty na minutę. Klepiemy po ramieniu naszych wolontariuszy, dziękując im za świetną i ciężką robotę, którą wykonali zanim nastał wielki „27 sierpnia”. Spoglądamy na zegarek, konsultując przebieg mających się rozpocząć pierwszego wieczoru koncertów, a ich wciąż więcej. Jedni snują się sennie zmęczeni tym, co pozostawili kilkaset kilometrów za sobą. Inni wołają do przyjaciół :„ej, piwo sprzedają tutaj, chodźcie!”. Jeszcze inni obchodzą wioskę i przyglądają się każdemu szczegółowi – napisom „łajfaj za darmo”, „wypożycz rower i śmigaj”, oceniają swoje szanse na to, by zasłonka prysznicowa z podmuchem wiatru nie odsłoniła ich tańczących pod strumieniem wody (jakże cennej na polu namiotowym) ze spienionymi włosami, ktoś zapatrzony w Beskid Sądecki potyka się o kamień. My już to znamy. Wiemy, że za parę godzin wyłoni się wśród nich wielu szalonych tancerzy, kilku nawet zrobi szpagat, a co odważniejsi, niesieni chwilą (i rakiją) porwą w tany dziewczynę, która przyjechała z „tamtym gościem z brodą”. I nawet nie wiecie, z jaką radością i rozrzewnieniem patrzymy na te ludzkie historie, sami w duchu podśmiewając się z własnych przeżyć, które w relacji znaleźć się nie mogą. Nie mogą, a nawet nie muszą. Bo na Pannonice – nic nie musimy.

Skończycie w Stodole!

Tradycją Pannoniki stały się otwierające festiwal koncerty Serbów. W tym roku na pierwszy, tytułowy ogień poszedł zespół Ravnicaz Suboticy. Przyznaję, gdy zapowiadałam muzyków na scenie, przez głowę przemknęła mi myśl, wypadkowa ironii i współczucia, jak też nasi bracia z Ravnicy, wirtuozi instrumentów strunowych, wykonujący melodyjne pieśni z Bałkanów, odeprą atak rozochoconej publiczności, która szturmem miała za parę godzin zdobyć osławioną „Stodołę”. „Guczodisko”, najdziksze party w Polsce Południowej, nie zna litości. Owszem, prym wiedzie DJ, o czym za chwilę, ale festiwalowi fani pożądają muzyki na żywo. Najlepiej głośnej i zatracającej. Moje obawy okazały się niesłuszne. A telefon utrwalił nie tylko zacny koncert, ale również gorączkę tłumu spowodowaną przeniesieniem się Ravnicy do miejsca, gdzie miała rozpocząć się taneczna walka o przetrwanie. Nim jednak DJ Zamenhof zahipnotyzował Pannonikę prowadząc tegoroczne „Guczodisko” wysłuchaliśmy prężnie działającej od wielu lat rodzimej kapeli „Balkan Sevdah”. Głos wokalisty i nastrojowy charakter repertuaru sprawił, że z uśmiechem na twarzy zakończyliśmy pierwszy blok koncertowy festiwalu. I wszyscy: publiczność, organizatorzy, muzycy, DJ…. Wszyscy skończyliśmy w „Stodole”. A noc była długa. A zakwasy mięśni rozległe.

Poprad connecting people

Nic zatem dziwnego, że na drugi dzień o miejsce w Popradzie trzeba było starać się jak o wejściówkę na mecz polskich siatkarzy z reprezentacja Brazylii. W okularach na twarzy, z plastikowym kubkiem w ręku, pośród lejącego się z nieba żaru, spora część festiwalowiczów szukała schronienia w zimnych wodach łaskawej rzeki. Istne Ederlezi. Gdyby świadkiem tej sceny był Emir Kusturica, z pewnością zweryfikowałby jedną ze swoich mistrzowskich scen, znaną z filmu „Czas Cyganów”. O tę:


🙂

Słuszną decyzję podjęli ci, którzy na łonie natury odzyskiwali siły witalne, bowiem wieczór okazał się kontynuacją nocnego obłędu. Na scenie zagościła Sarakina. W ich muzyce nie ma napięcia, mimo, że program jaki wykonują należy do bardziej ambitnych. Z lekkością i pomysłem zaprezentowali skomplikowane formy muzyczne, typowe dla Bałkanów. Udowodnili, że o temperamencie muzyki nie decyduje jedynie mocne uderzenie, ale także jej zmysłowe wykonanie i precyzja. Z zapartym tchem wysłuchaliśmy koncertu Sarakiny, a potem o oddech było już coraz trudniej. Najpierw nieobliczalne Bubliczki – nazwa tego zespołu powinna być synonimem młodości, radości i wigoru. Czystą przyjemnością jest patrzenie na show, jakie dzieje się na scenie w czasie ich koncertu. Dbają o każdy szczegół. A pomysłów na muzyczne i pozamuzyczne aspekty swojej działalności nie sposób im odmówić. Oni – łapali fanki za serca. One – łapały czarne, koronkowe figi z czerwonym napisem „Bubliczki”, które poszybowały ze sceny w kierunku zaskoczonej publiki w samym środku koncertu. Ciekawi mnie ile z tych uroczych elementów damskiej bielizny jest do dzisiaj powodem cichych dni? 😉 Na festiwalu cicho nie było właściwie w ogóle.
ula3
Po Bubliczkach przyszedł czas na Lemon Bucket Orkestra. Kolektyw wyjątkowy z wielu względów. Po pierwsze zespół jest wielonarodowy – muzyków łączy Kanada, tam mieszka większość z nich, choć ich pochodzenie nie jest jednorodne. Po drugie na scenie poruszają się zupełnie beztrosko, tańcząc, śpiewając, dopingując się nawzajem. Żywioł, za którym ciężko nadążyć wzrokiem. Sercem natomiast ogarnia się każdą nutę, bo te płyną prosto z serc „Lemonów”. Poza tym luz, serdeczność i ciągłe bycie w trasie. Prawdziwi nomadzi. Gdybyśmy na Pannonice dysponowali przyrządem do mierzenia sympatii wyrażonej w oklaskach, jak w starym, dobrym „Od przedszkola do Opola”, zapewne brakło by skali do oceny koncertu szalonej orkiestry.

Bez nazwisk, proszę.

Bazując na doświadczeniach dwóch poprzednich edycji, a także tegorocznego festiwalu, trzeci jego dzień nazwałabym dniem „zbliżeń”. Łączą nas już preferencje gastronomiczne, wspólne oczekiwanie na kaszę jaglaną i hummus, opcjonalnie hamowanie ślinotoku przed pokaźnym rusztem umieszczonym na innym stoisku z jedzeniem. Łączą nas obolałe od szaleństwa mięśnie, spieczone od słońca ramiona i nosy, puste butelki po tokaju, niezapomniane warsztaty wyplatania koszy wiklinowych, przejażdżka na koniach no i przede wszystkim – pochłaniające rozmowy. Zaczyna się zwykle tak samo: „Ola z Krakowa”, „Maciek z Wrocławia”, „Mój synek, który ma dwa lata, ale na Pannonice jest już po raz trzeci”. Nikogo specjalnie nie interesuje nazwisko kompana zabawy. Gdybyśmy mogli wypisać sobie współrzędne geograficzne miejsca zamieszkania na czole bylibyśmy ubożsi o 30 sekund standardowej rozmowy o tym, czym bardziej opłacało się przyjechać na festiwal. Dlatego „Kasia z Rabki” zawsze zostanie w moich myślach królową Pannoniki 2015. Przez trzy dni tworzymy świat, w którym nie jesteśmy uzależnieni od liter i dokumentów. Nasza tożsamość określa się przez ilość uśmiechów i podań ręki. Naprawdę, tak było! W trzecim dniu tych gestów każdy miał już trochę w zanadrzu, więc z otwartym sercem wysłuchaliśmy koncertów, które na długo zostaną w pamięci. Zaczęło się od występu uczestników warsztatu śpiewu białego, prowadzonych przez zespół Sudarynja Electro. Prawdziwie magicznym momentem był jednak koncert zjawiskowej Moniki Lakatos i zespołu Romengo. Wokalistka łączy w sobie urok, subtelność, z niesamowitą siłą i charyzmą. Jej głos, w którym zawiera się cała cygańska potęga i prawdziwość, rzewny, a zarazem mocny i przenikliwy sprawił, że do dziś na myśl o jego brzmieniu przechodzą mnie dreszcze. Jej towarzysze, Romowie z grupy Olah z Węgier, uosobienie energii i temperamentu przyczynili się do znakomitego odbioru koncertu, grając na charakterystycznych dla swojej tradycji instrumentach, min. na wielkim dzbanie.
ula2
Na finał, w świetle pełni księżyca wystąpiła Barka Brass Band, zespół zdobywający najwyższe trofea w Gucy. Pięknym, a zarazem symbolicznym momentem była „Mesecina”, rozbrzmiewająca już wśród publiczności, śpiewana przez setki gardeł w dostojnym towarzystwie instrumentów dętych blaszanych, A teraz… „ne ma mene, ne ma tebe” – została pustka i tęsknota. Oczekiwanie na kolejna edycję… Zaufajcie. Dokładamy wszelkich starań, by był wyjątkowa. Podróżujemy, przysłuchujemy się. Działamy! Bo kochamy Pannonikę, jak własne dziecko.

Wasza Ula Nowak

ula1

Brak komentarzy do "Ederlezi nad Popradem"


    Zostaw komentarz